Spis treści

NOWY WPIS - Migawki od Sawki, Henryk Sawka

1. Krótka historia zmartwychwstania itd, Aleksander Kwaśniewski
2. Moje l'entrée du dragon, Danuta Bierzańska
3. Moja droga do itd...., Leszek Kamiński
4. Śpiący redaktor, Wojciech Jędrzejewski
5. Te czasy już nie wrócą, Kama Zboralska
6. Wspomnienie, Marta Sztokfisz
7. Naczelnemu się nie odmawia, Kama Zboralska
8. Uwolnić Danię, Sławomir Rogowski
9. Parę myśli mało uporządkowanych i wspomnień odprysków, Tomasz Janowski
10. Premia, Wojciech Jędrzejewski
11. Sawka do Kamy, Kama Zboralska
12. Redaktor warszawski ostro o interiorze, Danuta Bierzańska
13. Spiżowy żubr, Andrzej Nierychło
13a. Postscriptum, Andrzej Nierychło
14. Z Jasnej Góry na Czarodziejską, Piotr Gadzinowski
15. Czarna księga cenzury, cz.1, Krzysztof Wójcik
16. Redaktor i morze, Katarzyna Skorska
17. Czarna księga cenzury, cz.2, Krzysztof Wójcik
18. Krakus w Warszawie, Mariusz Sűss
19. Czarna księga cenzury, cz.3, Krzysztof Wójcik
20. Sześć złotych, Wojciech S.Kaczorowski
21. Transfer do ekstraklasy, Marek Siwiec
22. Od sekretarki do sekretarza…, Małgorzata Szczepańska
23. Migawki od Sawki, Henryk Sawka
24. Dobrze wychowany generał, Danuta Bierzańska
25. Bezpowrotnie utracona Bruksela, Jacek Ziarno
26. Debiutancki rysunek Henryka Sawki w itd. Lata 80, Henryk Sawka
27. Fragmenty opowiadania SR Przybłęda, Sławomir Rogowski
28. Jak zostałem Jamesem Bondem w Jarocinie (dzięki itd), Piotr Gadzinowski
29. Fragment wywiadu z Anną Musiałówną udzielonego dla miesięcznika PISMO – sierpień 2020
30. Klucz do świata, Piotr Wilczkowski

Jak napisać?


Migawki od Sawki


Henryk Sawka


Krótka historia zmartwychwstania itd

Nominację na redaktora naczelnego itd miałem odebrać 15 listopada 1981 roku. Na uroczystość na Wroniej zdążyłem w ostatniej chwili ze spóźnionego pociągu z Krakowa, gdzie dzień wcześniej spędziłem ciekawie czas z Markiem Siwcem. Szef Młodzieżowej Agencji Zygmunt Konopka wręczając mi odpowiedni dokument powiedział w złą godzinę – "ostatnio komu w itd wręczałem nominację to na coraz krócej. Mam nadzieję, że Tobie uda się szefować dłużej". No i wykrakał!

13 grudnia stan wojenny. Numer itd na przemiał. Zawieszenie SZSP. Niedługo potem decyzja, że itd nie będzie wznowione. Koniec historii.

Trzeba było spróbować coś zrobić. Szef SZSP Tadeusz Sawic – człowiek kultury – łatwo dał się przekonać, że musimy o itd zawalczyć. Wiceszef Irek Nawrocki – tak samo. I tak niewielka delegacja SZSP została przyjęta przez Stefana Olszowskiego – silnego człowieka Partii, uznawanego za lidera frakcji tzw. betonu, odpowiedzialnego za prasę i oczyszczenie dziennikarstwa z niepewnego elementu.

Wydawało się że to będzie "mission impossible". Nadzieję wiązaliśmy z tym, że Stefan był w przeszłości szefem Zrzeszenia Studentów Polskich (1956-60) i miał ten studencki, bezpośredni styl. Rozmowa była bardzo trudna – argument władzy druzgocący – "itd to antykomunistyczne pismo"

Słowo po słowie, wspominając stare czasy, sięgając do starych sentymentów, atmosfera zrobiła się lepsza i wielki Stefan – członek Biura Politycznego i Sekretarz KC rzekł w końcu: "Niech wam kułwa (on nie wymawia r) będzie! Wznowimy itd! Ale jak będziecie mówić, że Olszowski to beton, to kułwa, powiedzcie, że beton ale sentymentalny!"

ZSP okazało się silniejsze, niż partyjne wytyczne i decyzje!

W maju 1982 itd było znowu w kioskach. Było ciężko. Weryfikacja dziennikarzy, przeniesienie druku z Okopowej w Warszawie do Katowic, ostra cenzura. Ale to już inne historie. No i co ważne, moja kadencja jako naczelnego itd nie była najkrótszą w historii!

Aleksander Kwaśniewski


Moje l'entrée du dragon

W stanie wojennym rozwiązano pismo, w którym pracowałam. Gdy skończyła się kasa, dałam do Życia Warszawy (już było na chodzie) ogłoszenie: "Solidna sprząta mieszkania".

Zleceń było po uszy i myślę, że gdybym miała wtedy choć trochę rozumu, zostałabym szefową świetnie prosperującej firmy sprzątającej i dzisiaj spędzałabym czas na własnym jachcie. Niestety, ciągle chciałam być Kapuścińskim.

Sprzątając wypasione wille, zadzwoniłam do Polityki z propozycją tematów. Przyjął mnie Zygmunt Szeliga, z-ca redaktora naczelnego. Spodobały mu się dwa tematy, napisał mi od razu zaświadczenie, że jestem współpracownikiem i życzył powodzenia.

Napisałam więc reportaż, oddałam do redakcji i czekałam w napięciu, czy przyjmą.

W tym czasie Olek Kwaśniewski zaprosił mnie do pracy w itd.

Byłam bardzo stremowana, gdy szłam pierwszy raz do redakcji. Nie miałam pojęcia, że tego dnia ukazał się mój tekst w Polityce, bo nikt mnie nie powiadomił. Ale w itd przeglądali rano prasę i już wiedzieli: to ta, która publikuje w Polityce!

Tak oto na chwilę zostałam autorką kultowego tygodnika. To był mój jedyny w życiu tekst w Polityce, ale na wejście smoka – wystarczyło.

Danuta Bierzańska


Moja droga do itd....

…nie była dziennikarska.

Zaczęła się od spotkania na UW z Jerzym Wójcikiem, ówczesnym naczelnym. Byłem jego organizatorem, a wiązało się z jakimś wydarzeniem – kongres ZSP zapewne. W zasadzie klapa, frekwencja nie dopisała. Ale wywiązała się ciekawa dyskusja, w dużej mierze między mną a Jurkiem. Gość zaczął mnie namawiać do pisania o tym, czym się zajmowałem (wtedy jako przewodniczący Rady Wydziałowej ZSP). Na apel odpowiedziałem – po kilku tygodniach zaniosłem do redakcji kilkustronnicowy tekst. Ku mojemu zaskoczeniu – ukazał się szybko i bez zmian. Zaskoczenie było jeszcze większe, gdy przy okazji kolejnej wizyty p. Halinka z sekretariatu redakcji zwróciła mi uwagę na nieodebrane honorarium. A kolejny poziom zaskoczenia to wysokość tego honorarium – ponad połowa mojego ówczesnego stypendium naukowego.

I tak to się zaczęło. Pisywałem o sprawach wówczas dla mnie ważnych – rekrutacja na studia, udział studentów w zarządzaniu uczelnią itp. Nie były to teksty na profesjonalnym poziomie – służyły doraźnym interwencjom, formułowaniu postulatów, krytyce rozmaitych rozwiązań. Były przedłużeniem mojej działalności społecznej. Dla redakcji mogły być ważne, bo odpowiadały jej misji jako pisma ZSP. Ale nie traktowałem tego jako wstępu do kariery dziennikarskiej. Stopniowo jednak zacząłem pisywać też o innych sprawach – poważniejsza publicystyka społeczna, jakieś korespondencje zagraniczne, recenzje. I po ośmiu–dziewięciu latach od debiutu, gdy uznałem, ze jednak nie chcę być naukowcem, wylądowałem w redakcji na stałe jak zastępca redaktora naczelnego. Dla mnie było to ważne doświadczenie życiowe i zawodowe. Dla redakcji ….?

Leszek Kamiński


Śpiący redaktor

To były początki Warszawskiego Tygodnia Filmowego, rok 1987. Do redakcji dotarły dwa zaproszenia na seans któregoś z wielkich reżyserów alternatywnego kina tamtych czasów. Zainteresowanie publiczności było ogromne. Kupno biletu czy uzyskanie zaproszenia graniczyło z cudem.

W ręce Rafała Roykiewicza, bardzo młodego redaktora piszącego o kulturze, zwłaszcza filmie, trafiły dwa zaproszenia. Zaproponował mi wspólne wyjście do Atlanticu.

Zasiedliśmy w środku wypełnionej sali na możliwie najlepszych miejscach. W przejściach pod ścianami stała publiczność, kino nabite do granic możliwości.

Mniej więcej po 10 min. Rafał zasnął. Publiczność, bez reszty skoncentrowana na projekcji dzieła, reagowała na najmniejsze nawet niuanse owacjami. Rafał spał już na dobre. Od czasu do czasy szturchałem go łokciem, ale bez efektu. Poprawiał się tylko, wtulając się wygodniej w fotel. Ostatecznie obudził go po zakończeniu seansu trzask składanych foteli i owacyjne brawa publiczności.

Po wyjściu na ul. Rutkowskiego, żegnając się bąknął, że wczoraj miał solidną balangę i musiał się zdrzemnąć. Za kilka dni pojawił się w redakcji z dobrze napisaną recenzją, która poszła do najbliższego numeru. Co profesjonalista to profesjonalista, prawda? :-)

Wojciech Jędrzejewski


Te czasy już nie wrócą

Te czasy już nie wrócą. Wszyscy byliśmy tacy młodzi… a niektórzy na tyle smarkaci, jak Piotrek Gadzinowski, którego nie chcieli wpuścić do kina na film od 18 lat. Musiał się wylegitymować, a przecież miał już żonę i dwoje dzieci.

Opowiadał mi o tym zdarzeniu w Świnoujściu, gdy spotkaliśmy się na FAMIE w 1986 roku. Pamiętam datę, bo wtedy odbył się pierwszy w Polsce pokaz niesamowitego filmu "9 i ½ tygodnia", w rolach głównych: Kim Basinger i Mickey Rourke. Nie zobaczyłam zakończenia, bo musiałam iść na imprezę, z której miałam od razu napisać relację. Do tej pory pamiętam jaka byłam wściekła. Górę wzięła obowiązkowość.

Na wspomnianą wyżej FAMĘ pojechałam na kilka dni, ale za to z kufrem (bez kółek) ciuchów. Jak z tym majdanem wrócić na dworzec? Zero taxi, po drodze prom, później trzeba jeszcze dotrzeć na peron. Wieczorem wszyscy ofiarowywali pomoc. Rano ochotnicy rozpłynęli się w szarej mgle. Może dlatego, że po prostu byli średnio przytomni. I kto zaoferował pomoc? Rysiu Kalisz, zawsze szarmancki. Nie dość, że odeskortował mnie do samego pociągu, to najpierw sprawdził, w którym przedziale siedzą osoby budzące jego zaufanie i dopiero wtedy ulokował mnie mówiąc, że powierza mnie ich opiece.

Do tej pory sprawiam wrażenie trochę zagubionej?

Kama Zboralska


Wspomnienie

Z mojego dość szczęśliwego związku z "itd." najjaśniej zaświeciło takie oto wspomnienie.

Ktoś został kierownikiem mojego działu kultury - nazwiska nie pamiętam. Bez fałszywej skromności, wiedziałam, że to ja bardziej się nadaję. Poszłam więc do Piotrka Gadzinowskiego - szczerego, otwartego, który znał moje kompetencje, i zapytałam: - Dlaczego to nie ja zostałam kierownikiem kultury? A Piotrek na to: - Bo nie należysz do partii i nikomu nie dajesz dupy.

Śmialiśmy się oboje, a mnie zżerała ciekawość, komu należy "dawać dupy", by znaleźć się na właściwym miejscu.

Na to pytanie nie próbowałam znaleźć odpowiedzi.

Marta Sztokfisz


Naczelnemu się nie odmawia

Kiedyś Marek Siwiec pod koniec spotkania redakcyjnego itd, zapytał czy przyjechałam samochodem. Byłam wówczas dumną właścicielką "malucha". Poprosił, żebym go podrzuciła do domu, twierdził, że mieszka niedaleko. Naczelnemu się nie odmawia. Faktycznie, mieszkał niedaleko… pod Warszawą. Padał deszcz ze śniegiem a wycieraczki odmówiły posłuszeństwa. Marek, który nigdy się nie poddawał przeciwnościom zapewnił mnie: Kama, nie przejmuj się, damy radę. Otworzył okno i wychylając się przecierał mi ręką przednią szybę. Szczęśliwie dojechaliśmy. W drodze powrotnej na szczęście już nie padało.

A propos, Marek, w trakcie jakiejś utarczki słownej z Martą Sztokfisz spuentował jej wypowiedź: Marta, skromna to ty nie jesteś, na co Marta z refleksem zripostowała: skromny to niech będzie producent salcesonu. Do dzisiaj w stosownych momentach posługuję się tym stwierdzeniem.

Kama Zboralska


Uwolnić Danię

Z itd zetknąłem się jeszcze w liceum. Starsza siostra studiowała, ja czytałem jej przez ramię. Potem mieszkając na Kicu, w kiosku u Faji, kupowałem itd. Czytało go kilka osób, a potem wykładało szafki na słoiki.

W 1983 pojechałem z Jackiem Rodkiem ( redaktorem Fantastyki) na odnowioną FAMĘ. Byli też dziennikarze z itd. Na ich czele stała Danka Bierzańska, która jako świadek poprzednich FAM starała się rozruszać towarzystwo, zainicjować coś, pokazać jak onegdaj fajnie bawili się studenci. Udawało jej się to w zupełności.

Towarzystwo lekko skacowane od godzin przedpołudniowych leżało na plaży, a ponieważ w modzie było opalanie na golasa, przezornie swoje ręczniki rozkładano dalej od dzikiego tłumu wczasowiczów. "Natur plage" była tuż przy granicy z NRD. Tam po drugiej stronie, w Albeku, u braci Niemców latanie z dyndającym penisem czy bujającymi piersiami było na porządku dziennym. Braliśmy z nich wzór i tłumaczyliśmy to sobie - dederony są bliżej zachodu, a Dieter Kunzelmann to w końcu ich ziomek. Mój współtowarzysz, człek bywały w świecie, przyglądając się koleżankom z zaciekawieniem, wskazywał na normalność tego plażowania bez przyodziewku. Był synem dyplomaty i swoje widział kiedy kończył szkołę średnią w Danii. – Dunki, to w ogóle chodzą bez majtek, sam widziałem. Mówiąc te słowa usnął zmorzony kacem. W tym momencie pojawili się panowie milicjanci z rozkazem ubrania się. – Obywatele studenci i studentki – przemówił ambonicznie sierżant - Prosimy założyć odzież wierzchnią! Na to w stroju Ewy wstała nasza Dania i bez chwili zastanowienia, stojąc tak, że jej wcale niemały biust ocierał się o szamerunek munduru stróża prawa, powiedziała. – My tu nikomu nie przeszkadzamy, panie władzo.., tylko tak sobie zażywamy kąpieli społecznych. Na te słowa, milicjantów otoczył krąg składający się z tych, które miały bujne walory, i tych którym dyndało. – Proszę się rozejść, interweniował jeden z patrolu, a inny próbował Danię okryć ręcznikiem, na co ona, nieco teatralnie krzyknęła. – Protestujemy… Tego było za wiele, władza miała szczególną alergię na takie zawołania. Zbuntowana młódź została zaaresztowana przez patrol. Cała grupa pod jego eskortą przeparadowała głównym deptakiem, zwanym Promenadą na Komisariat Policji. Studenccy naturyści, jak tocząca się kula śnieżna, zbierali znudzonych gapiów, przyłączali się także famowicze, których w Świnoujściu nie brakowało. W ten oto sposób spory tłum dotarł na Komendę, wznosząc okrzyki. – Uwolnić Danię, uwolnić Danię.. Pomysłów oratorskich było bez liku, ale w końcu tłum się rozszedł w porze obiadu, na który podawano rytualny kisiel.

Minęło kilka godzin, dyrektor organizacyjny Famy Baca odebrał telefon z Komendy MO. Chwilę milczał, zbladł i wykrztusił. – Zatrzymali Dankę Bierzańską jako prowodyrkę, która bez dokumentów chciała przedostać się do NRD. - Coś pierdolą.., wyszeptał Krzysiek Lipski, dyrektor festiwalu i w twórczym zamyśleniu, puścił kłąb papierosowego dymu, poprawił okulary i dodał - idę na próbę teatru…

Sławomir Rogowski


Parę myśli mało uporządkowanych i wspomnień odprysków

Wszystko działo się w czasach czysto analogowych i śladów po całym zjawisku w Internecie nie ma właściwie żadnych i nie ma czym tej pamięci dziurawej wesprzeć.

- "Ech, to już nie to" – od samego początku swojej pracy w itd często takie słowa słyszałem. Nie wiem kiedy tak naprawdę itd miało swój złoty okres, ale ja na pewno załapałem się na czas schyłkowy – ostatnie trzy lata.

- Niepokój mojego ojca – nie dość, że zawód mało konkretny a do tego firma jakaś taka mało poważna.

- Reporterskie wyjazdy w teren – pomysł na przewodnik po dworcowych barach i jadłodajniach, gdzie żywili się ludzie na delegacyjnych dietach. Wiadomo, każdy dziennikarz chciał wydać książkę. Wielu kolegom się udało, mi niestety nie, choć w tamtych czasach byłem tego najbliżej.

- Wspólne wyjazdy z naszymi fotografami. Dla nas pismaków itd to była młodzieżówka, z której człowiek miał nadzieję, że gdzieś się tam załapie. Oni - fotoreporterzy grali w pierwszej lidze – przecież itd miało dobry papier i całe "rozkładówki".

- Jakiś sondaż czytelniczy, z którego wynikało, że najwierniejszymi czytelnikami nie byli studenci i młodzi intelektualiści, ale młodzi mężczyźni z małych miasteczek z wykształceniem średnim lub zawodowym (ciekawe ile osób jeszcze pamięta dlaczego...)

Tomasz Janowski


Premia

W kwietniu 1988 roku redakcyjną komisję d/s podziału premii stanowiło dwóch Jacków, Bieńkowski i Zalewski. Jak widać na zdjęciach Krzyśka Wójcika nie było to zadanie proste i obfitowało w wiele polemik, wymian opinii i dosadnych gestów.

Zdjęcia wybrał: Wojciech Jędrzejewski
Foto: K. Wójcik/FORUM


Sawka do Kamy

Takie odnalezione po latach znalezisko… Pamiątka "na do widzenia" od Henia Sawki, z którym wiele lat temu spotkaliśmy się podczas Famy w Świnoujściu.

Bez komentarza. Tłumaczą się tylko ci co mają coś na sumieniu… Muszę jednak dodać, że nigdy nie byłam na plaży opisanej przez Sławka Rogowskiego we wspomnieniu "Uwolnić Danię".

Kama Zboralska


Redaktor warszawski ostro o interiorze

Pamiętacie "antrakt", jednoszpaltową rubryczkę komentującą informacje pochodzące z prasy lokalnej?

Prowadził ją przez dłuższy czas Andrzej Nierychło, ale potem został redaktorem naczelnym, więc pewnie odziedziczyłam po nim tę rubryczkę, bo w numerze z 26 sierpnia 1984 roku znalazłam swoje inicjały pod "antraktem". Komentarz o informacji z mojego rodzinnego Wrocławia dziś uważam za przykład słynnego "redaktor Królik ostro o sałacie". Nie jestem dumna z poziomu tej notki, ale oceńcie sami:

"Studenci wypoczywają, a budowlani wznoszą dla nich akademiki – napisano w Gazecie Robotniczej". Wygląda na to, że sprawiedliwiej byłoby odwrotnie – żeby to budowlani wreszcie wypoczęli, a studenctwo zabrało się za budowanie domów i hoteli robotniczych".

Nikt mi nie powie, że brałam jeńców :D

PS. Tygodnik itd kosztował wtedy 20 zł a stopka redakcyjna ułożona była nie według hierarchii, tylko alfabetycznie! Dzięki temu znalazłam się tuż po Piotrku Aleksandrowiczu i Jacku Bieńkowskim, a przed Dorotą Bilską. Naczelny trafił na 13 pozycję - to była prawdziwa demokracja! ;)

Danuta Bierzańska


Spiżowy żubr

Nie pamiętam już, kto fotografował, a skan mam nieopisany. I pierwszy raz mi się zdarza, że publikuję zdjęcie bez podpisu autora. Niech się nie obraża.


Na zdjęciu od lewej: w środkowym rzędzie; Piotr Aleksandrowicz, Wanda Roszkowska, Marta Sztokfisz, Krzyś Wojciewski, na dole: Ewa Kaszuba, Andrzej Nierychło, na górze; Piotr Gadzinowski, Krzysztof Wójcik

Gorzej, bo nie pamiętam też, kiedy dokładnie to zdjęcie powstało. To był rok 1984 (raczej), a może 1985, redakcja wyjechała na 2-3 dniowe szkolenie do Spały. Tak najpewniej było w papierach, a prawdy proszę się domyślić. Pora roku niemożliwa do określenia, chociaż na pewno nie śnieżna zima.

Zdjęcie jest dla mnie ważne, bo trzech spośród sfotografowanych już nie ma wśród nas: Ewy Kaszuby, Piotra Aleksandrowicza i Krzysztofa Wojciewskiego.

A przecież to było tak niedawno…

Andrzej Nierychło


Postscriptum

Zdarzyło się, że na początku sierpnia 2020 roku znalazłem się w tym samym miejscu w Spale.

Mało tego, tego dnia spotkałem w Spale Wojciecha Jędrzejewskiego, zastępcę redaktora naczelnego w latach osiemdziesiątych. Wojtek był na tamtym "szkoleniu", ale na fotografię przy żubrze jakoś się nie załapał. Nadrobiliśmy to teraz.

Andrzej Nierychło


Z Jasnej Góry na Czarodziejską

Lata mi lecą i coraz częściej łapię się na gdybaniu.

Co stało by się, gdybym wtedy nie zdążył na odjeżdżający pociąg, jak bohater znakomitego filmu "Przypadek" Krzysztofa Kieślowskiego.

Jedenastego grudnia 1981 roku wpadłem do siedziby tygodnika itd. Wrzało tam od namiętnie toczonych dyskusji. Redakcja podzielona była na trzy frakcje. Najmniejsza, sympatyzowała z ruchami reformatorskimi w PZPR i chciała "Socjalizmu z ludzką twarzą". Nieco większą grupę stanowili żarliwi wyznawcy programu i działań ówczesnej NSZZ "Solidarność". Do największej należeli reprezentanci krytycznego środka; pragnący założyć spółdzielnię dziennikarską i wydawać niezależny od PZPR i "Solidarności" tygodnik. Pod starym tytułem itd, ale przeznaczony przede wszystkim dla młodej inteligencji.

W grudniu 1981 roku kończyłem studia politologiczno-dziennikarskie na Warszawskim Uniwersytecie. I trzeba było znaleźć sobie jakieś dziennikarskie zajęcie. Uważający się za mądrzejszych, stołeczni koledzy obstawiali TVP i Polskie Radio oraz poważne tytuły prasowe, takie jak" Polityka, Kultura, Tygodnik Kulturalny, Sztandar Młodych, Słowo Powszechne. Tam widzieli drogę do prawdziwej kariery. Mnie traktowali pobłażliwie, jak prowincjonalnego głupiego Jasia, który obstawia drugorzędny tygodnik studencki, może i ciekawy, ale bez przyszłości. A ponieważ lubili mnie. to zaaranżowali mi spotkanie z "ważnymi ludźmi z TVP", którzy mieli dać mi szansę. Spotkanie wyznaczono na 14 grudnia 1981 roku.

Pomimo tych świetlanych widoków na telewizyjną karierę, poszedłem jednak w piątek 11 grudnia do siedziby itd. Przyniosłem kolejny tekst do druku. Na miejscu zatrzymały mnie dwie osoby. Kierujący redakcją Waldek Siwiński wręczył mi druk mojej pierwszej redakcyjnej delegacji. Miałem niezwłocznie, wraz z fotoreporterem Krzysztofem Wojciewskim, pojechać na Jasną Górę. Tam opozycyjne Niezależne Zrzeszenie Studentów planowało na niedzielę 13 grudnia uroczyste zakończenie wielotygodniowych strajków studenckich.

Uskrzydlony takim zadaniem chciałem jak najszybciej ruszyć w drogę. Na schodach zatrzymała mnie ówczesna księgowa, pani Halinka, która pod groźbą nierozliczenia mi delegacji, nakazała abym jak najszybciej podpisał przygotowaną już umowę o staż w itd. Bo ona bałaganu w papierach mieć nie chce. Podpisałem na odczepne, bez czytania.

Następnego dnia byłem już z Krzyśkiem Wojciewskim w rodzinnym domu w świętej Częstochowie. W nocy z 12 na 13 grudnia spadło w mieście wiele śniegu. Do jasnogórskiego klasztoru przedzieraliśmy się wczesnym rankiem przez zaspy. Miasto spało. Im bliżej byliśmy klasztoru tym więcej spotykaliśmy grup studenckich przyjeżdżających nocnymi pociągami. Strasznie przestraszonych, powtarzających plotki, że "Wojna wybuchła. Gierek i Wałęsa wywiezieni do Rosji". Nie wierzyliśmy w nie, bo nikogo, poza studentami, nie dostrzegliśmy. Ot, typowe żarty studenckie, uznaliśmy.

Znałem dobrze klasztor jasnogórski, jego historię, wnętrza, a nawet sekretne przejścia i ukryte balkony. Byłem przewodnikiem po mieście, członkiem grupy młodych przy PTTK, i przewodnikiem po Jasnej Górze. Ojcowie paulini zachwyceni naszym zainteresowaniem pokazali nam wiele pomieszczeń klauzurowych. Tam doniesienia o "wojnie" potwierdziły się. Szybko zajęliśmy balkonik, z którego obserwowaliśmy mszę w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej. Nastrój był grobowy, przerywany szlochami studentek. Zwłaszcza, że goszczący na niej prymas Józef kardynał Glemp potwierdził informacje o wprowadzeniu stanu wojennego.

Potem odbyło się w Wieczerniku spotkanie prymasa z przestraszonymi studentami. Prymas nakazał zachować spokój, przestrzegać rygorów stanu wojennego i szybko wracać do domów. Wcześniej prymas zrugał dwóch młodych księży, którzy na końcu mszy chcieli wygłosić protestujące mowy.

Krzysiek ruszył od razu na dworzec. Ja do Warszawy wracałem wieczorem. Pociąg spóźnił się i zahaczyłem o wprowadzoną właśnie godzinę milicyjną. Wraz z nią pojawił się patrol MO. Niebieskich najbardziej zainteresował mój duży, płaski pakunek, będący dziełem malarskim, niefiguratywnym niestety. Jego tajemnicza, na szczęście, nie antysocjalistyczna wymowa, tak zmieszała zmarznięte organy porządku publicznego, że odstąpili od wymierzenia mi mandatu. Pouczając jedynie "Spierdalaj student do domu".

Następnego dnia otrzymałem trzy wiadomości. Dwie złe, jedną dobrą. Z kariery w TVP nici, bo "ważnych ludzi", którzy mieli mnie promować właśnie wyrzucono z pracy. Ostatni numer tygodnika itd. został wycofany ze sprzedaży i zmielony. Wydawanie pisma zawieszono.

Ale dziennikarzy jeszcze nie wyrzucono z pracy. Ja zaś dzięki podpisanej, na dwa dni przed wprowadzeniem "stanu wojennego", umowie zostałem, jak wszyscy etatowi redaktorzy, skierowany na "urlop okolicznościowy". Nie musiałem pracować, a miesięcznie otrzymywałem trzy tysiące złotych pensji stażowej. Osłodziło mi to brak "Teleranka" w TVP. Tak przeżyłem do maja 1982 roku, aż zostałem powołany do wojska. Wcześniej zostałem jako dziennikarz formalnie "zweryfikowany" przez komisję wojskowych komisarzy. Pozytywnie, bo w itd. nie zdążyłem nabroić.

Służbę zacząłem w mieście Łodzi. Ze skąpych, docierających z opóźnieniem plotek, dowiedziałem się, że itd" zostanie zlikwidowane, potem, że wróciło do kiosków. Ja wróciłem z wojska do redakcji jesienią 1982 roku, bo w wojsku szczęśliwie zachorowałem. W tygodniku itd przeszedłem szlak bojowy od stażysty do redaktora naczelnego. Niestety kolejna władza, tym razem "Solidarnościowa", nie miała sentymentów, jak towarzysz Stefan Olszowski, i równo trzydzieści lat temu, w 1990 roku, tygodnik ostatecznie zamknięto.

Ale zanim to się stało, miałem szansę poznać niesamowitych ludzi, przeżyć wiele dzikich i romantycznych przygód. A nawet polecieć w kosmos. Była Księgą, Czarodziejską Góra i tao.

Ale o tym niebawem.

PS. Dziś trudno uwierzyć ale tak w czasach |itd wyglądałem.

Piotr Gadzinowski


Czarna księga cenzury, cz.1

Krzysztof Wójcik


Redaktor i morze

Piotra Aleksandrowicza pamiętam z czasów itd raczej słabo. On był już w połowie lat 80. poważnym redaktorem, ja rozpoczynałam dopiero trwający wówczas (sic!) rok staż dziennikarski. Jednak kilka lat później byliśmy dość mocno zaprzyjaźnieni. Zdarzało nam się spędzać rodzinne wakacje.

Piotr kochał góry zatem zimowe wypady na narty z dzieciakami nie były niczym nadzwyczajnym. Raz jednak dał się namówić na rejs w Grecji. W żeglowaniu najbardziej kręciły go węzły, bo okazały się przydatne w górskich wspinaczkach. Poza tym uważał żeglarstwo za dość nieciekawe.

Któregoś dnia, podczas totalnej flauty na morzu Jońskim – gdzieś w drodze pomiędzy wyspą Corfu a Itaką – Piotr zaczął się straszliwie nudzić; 140 metrów kwadratowych żagla zwisało smętnie nad głowami, nasz jacht o wdzięcznym imieniu Joyce J zdawał się stać w miejscu na gładkiej jak lustro powierzchni wody, żar lał się na głowy, najbliższy ląd nawet nie majaczył na horyzoncie, skończyły się wszystkie lektury… w pewnym momencie rzucił tylko: idę się wykąpać, stanął na rufie i niewiele myśląc wykonał zgrabny skok – na główkę – do wody. Jakież było jego zdziwienie, gdy w ciągu kilkunastu sekund znalazł się kilkadziesiąt metrów od łódki, sam na środku morza, a odległość pomiędzy nami systematycznie rosła. Poruszenie na pokładzie; strach w oczach jego kilkuletniej wówczas córki Oli, rzucanie koła ratunkowego i sprawnie wykonane przez całą załogę manewry: człowiek za burtą – jak możecie się domyślić Piotra udało się uratować, choćby po to by mógł zostać potem redaktorem naczelnym Rzepy. A jego podejście do żeglarstwa zmieniło się na tyle, że pływał później z przyjaciółmi po Mazurach zakupioną przez siebie żaglówką.

Katarzyna Skorska


Czarna księga cenzury, cz.2

Krzysztof Wójcik


Krakus w Warszawie

Wiosną 1982 wraz z koleżkami snułem się po Krakowie utartymi ścieżkami: od Jaszczurów poprzez Klub Dziennikarzy "Pod Gruszką" do innych miejsc, w których serwowano paskudnej jakości piwo. Popołudnia spędzałem z dziewczyną (spędzam z Nią czas już 38 lat), w radio dominowały marsze wojskowe. Zakończyłem długotrwałe praktyki w redakcji krakowskiego "Dziennika Polskiego", studenckie pisma i biuletyny w których pisywałem znikły bezpowrotnie z powierzchni PRL.

Były to czasy, w których telefon był rarytasem, na który nie zasługiwaliśmy. Ma to istotne znaczenie dla tej historii.

Marek Siwiec przekazał mi pewnego wiosennego dnia informację, że w Warszawie reaktywuje się tygodnik "itd.", do którego zarekomendował mnie jako krakowskiego korespondenta terenowego. Zebranie: JUTRO w Warszawie. Nie miałem jak zawiadomić dziewczyny że umówiona randka nie dojdzie do skutku, rano wsiadłem w pociąg i pojechałem do Warszawy spotkać nowa przygodę. Po południu narzeczona, zaniepokojona moją randkową absencją, powędrowała do mnie do domu żeby sprawdzić czy aby nie wylądowałem w szpitalu albo milicyjnej piwnicy (byłem chorowity i krnąbrny). Tak zaprzyjaźniła się z przyszłą teściową, a ja w stolicy poznałem przyszłego prezydenta i zespół fajnych ludzi.

Młodocianymi korespondentami opiekował się Jurek Gierszewski, potem niesforną trzódkę przejęła Danusia Bierzańska, która doprowadziła do powrotu do tradycji letnich obozów dziennikarskich Soczewka, na których w zacnym gronie poznawaliśmy wszystkie aspekty życia w ówczesnych mediach. Jak radziliśmy sobie tego lata w czasach kartek na cukier i wódkę, nie pamiętam. Daliśmy radę. Wtedy powstało znane zdjęcie Jerzego Urbana pływającego w jeziorze – znad wody stercząca łysina i potężne uszy wizytującego nas rzecznika.

Nikt nie uwierzy, że cykl wydawniczy pisma trwał 6 tygodni, kolumny z nadsyłanymi przez nas informacjami w szybkim cyklu wydawniczym ukazywały się po miesiącu. Nic więc dziwnego, że chcąc kiedyś przyspieszyć bieg wydarzeń, przesłałem do Warszawy napisaną z góry informację o studenckim turnieju piłkarskim, w którym kibice kibicowali, piłkarze grali a władze AWF uroczyście doceniały. Informacja się ukazała, tylko że turniej się nie odbył….

Po dwóch latach znalazłem się w gronie dziennikarzy powołanego na nowo krakowskiego "Studenta", porzucając warszawską przygodę.

Mariusz Sűss


Czarna księga cenzury, cz.3

Krzysztof Wójcik


Sześć złotych

W brzydkie grudniowe popołudnie 1969 roku, podczas oczekiwania na pociąg do Gdańska, w witrynie kiosku na dworcu Warszawa Centralna (Dworzec Centralny powstał w tym miejscu kilka lat później) moją uwagę zwróciła pomarańczowa okładka miesięcznika "Jazz". Dokładniej zainteresowała mnie informacja, iż integralny dodatek tego pisma "Rytm i piosenka" drukuje "dzieje rolling stonsów". Do jazzu było mi wtedy daleko, ale wzmianka o biografii zespołu rockowego z najwyższej półki, którego koncerty w Sali Kongresowej dwa lata wcześniej doprowadziły do białej gorączki partyjnych decydentów, warta była wydania 6 złotych. Kupiłem pismo (nr 12/160) i przeczytałem je od deski do deski. I tak było przez następne dwie dekady. Polski jazz stał się europejską potęgą, a miesięcznik "Jazz. Rytm i piosenka" towarzyszył tym wydarzeniom z prawdziwym jazzowym zacięciem. Dla mnie to były szczyty dziennikarstwa muzycznego. Moje muzyczne zainteresowania zdecydowanie przesunęły się w stronę jazzu i kto wie gdzie by ta pasja mnie doprowadziła gdyby nie kurs dziennikarstwa zorganizowany przez Gdański Klub Dziennikarzy Studenckich.

Niemal dwadzieścia lata później, w równie brzydkie grudniowe popołudnie 1988 roku, wiatr historii ostro napierał na budynek typu "Lipsk", w którym mieściła się redakcja ITD. Byłem wówczas zastępcą redaktora naczelnego tego pisma i miałem biurko przy oknie. I to był błąd, bo mocny podmuch wywiał mnie na zewnątrz za nic mając mój redakcyjny dorobek i plany na przyszłość. Nie wiem czy przez przypadek, czy może szczęśliwe zrządzenie losu, niemal natychmiast odezwał się do mnie wydawca miesięcznika "Magazyn Muzyczny", pisma które było prostym kontynuatorem magazynu "Jazz. Rytm i piosenka", i które w połowie lat 80. zgubiło gdzieś słowo jazz, przyjęło nową nazwę stając się kolorowym, wysokonakładowym magazynem muzycznym płynącym na fali rocka. Zanim zdążyłem się zastanowić nad dziwnymi meandrami historii byłem już jego redaktorem naczelnym. Koło historii się zamknęło. Dziś, biorąc pod uwagę to wszystko co się zdarzyło, ciągle zastanawiam się czy owe sześć złotych wydane w roku 1969 nie było prawdziwą inwestycją mojego życia.

Wojciech S.Kaczorowski


Transfer do ekstraklasy

Bardzo ciężko sięgać do starych wspomnień. Zwykle pojawia się pokusa aby sięgnąć jeszcze głębiej, wcześniej. W tej rubryce wspominamy "itd." Nie sposób jednak uciec od pytania: Jak to się stało, że ustabilizowany, choć przyjezdny Krakus, żonaty, dzieciaty, z rozpoczętą budową domu postanawia zostawić wszystko i rzucić się na głęboką warszawską wodę?

W roku 1987 byłem pełniącym obowiązki redaktora naczelnego "Studenta". Nasz dwutygodnik był pismem studenckim, ogólnopolskim, ale na jego obsadę kadrową miał wpływ miejscowy komitet PZPR. Nie byłem ulubieńcem miejscowego "barona" Gajewicza. Skutecznie blokował moje powołanie na pełnego naczelnego i uparcie namawiał innych kandydatów, aby zajęli moje miejsce. Trzeba przyznać, że większość z nich lojalnie mi o tym opowiadała i - co ważniejsze - odmówiła. W tych warunkach rynek medialny w Krakowie był dla mnie zamknięty.

Gdy ówczesny szef ZSP Antek Dragan zapytał, czy jestem zainteresowany przejściem na naczelnego "itd." miałem poważny problem. Wiedziałem, że to szansa transferu do ekstraklasy, ale dominował strach. Pomógł mi, niezastąpiony w takich sprawach, Aleksander Kwaśniewski. Jego opinia była prosta: "Walcz o to i się nie zastanawiaj. To wspaniała gazeta". Przy okazji przekazał, jako były słoik z Gdańska, przyszłemu słoikowi z Krakowa dwie ważne rady:
- nie udawaj w Warszawie, że tęsknisz za Krakowem,
- nie licz, że ktoś ci przydzieli mieszkanie w stolicy. Sprzedaj co masz i szukaj czegoś na miejscu.

Zatem pozostało tylko przekonać żonę (w ciąży z córeczką) i kolejne komitety.

Marek Siwiec


Od sekretarki do sekretarza…

Nie byłabym tym kim jestem i nie robiłabym tego, co robię (z upodobaniem od 35 lat!), gdyby nie wyjątkowe miejsce na świecie, jakim była redakcja itd i ludzie, których tam spotkałam… wspaniali, niepowtarzalni, wnerwiający, uczący, wspierający, dowcipni, rzadko abstynenci, zawsze przyjacielscy. Jedni z najważniejszych w moim życiu.

Zaczynałam jako przypadkowa sekretarka, przeszłam korektę w dobrym towarzystwie Janusza Deblessema, aż zostałam zastępcą sekretarza redakcji. Moją największą zaletą, jak twierdzą niektórzy, jest krótka pamięć…

Pamiętam jednak redakcyjne boje z cenzurą. Bohaterką jednego z nich była okładka, na której znajdowało się kamienne serce przywiązane sznurami do kawałka deski. To zdjęcie sprawiło, że druk gazety został zatrzymany, a naczelny – Olek Kwaśniewski został wezwany na "dywanik". Okazało się, że cenzor w Katowicach zobaczył okładkę z kamiennym sercem i czerwonym napisem 12 grudnia 1982 r. Wymowa była oczywista.

Naczelny okładkę wybronił – na pytanie "Z czym mu się to kojarzy? Odpowiedział, że z miłością, ale jeżeli komuś kojarzy się z polityką, to nic na to nie poradzi". Gazeta ukazała się, choć naprawdę zadziałał argument, że część nakładu już była na dworcu przygotowana do wysyłki, i gdyby ukazały się dwa numery z tą samą numeracją, ale inną okładką – dopiero byłaby sensacja i szalałby "czarny rynek". Jednak znaleźliśmy się pod specjalnym nadzorem i od tej pory na okładkach królowały głównie neutralne "kółka zębate". Po trzech miesiącach, z okazji dnia wiosny zaplanowano okładkę w kształcie stylizowanej dziurki od klucza, przez którą widać było wiosenną łączkę. Cenzura ją zdjęła, motywując "Pani Wiesiu, jak się tę dziurkę obróci, to wychodzi "J", a wiadomo z czym się "J" kojarzy (z gen. Jaruzelskim – przyp. Autorki). Zdejmujemy!". I wróciły kółka zębate…

Małgorzata Szczepańska


Migawki od Sawki

Henryk Sawka


Dobrze wychowany generał

Gdy byłam kierownikiem Działu Studenckiego itd zostałam wysłana na posiedzenie rządowej Rady ds. Młodzieży. Poszłam – jak na każdy materiał – w stroju reporterskim (w moim przypadku dżinsy, t-shirt i sweter).

Z jakiegoś powodu, którego nie pamiętam, udział w tym konwentyklu miał wziąć Jaruzelski. Na tym posiedzeniu posadzili nas, dziennikarzy, przy głównym stole, co było dla mnie trochę dziwne, bo zwykle dziennikarze siedzieli pod ścianą, poza głównym stołem. Dziś kombinuję, że może to był zabieg manipulacyjny, że to niby my – z nimi równi jesteśmy.

Tak czy siak – czuję, że na sali jest ciepło, zatem postanawiam zdjąć sweter. Ale tymczasem wkracza Jaruzelski – wszyscy wstają, po czym siadają. Generał zaczyna jakąś powitalną gadkę, więc ja zaczynam zdejmować sweter – przez głowę, bo nie był to sweter rozpinany. I nagle – gdy akurat mam ręce ze swetrem podniesione w górę słyszę: …witam panią redaktor, jedyną kobietę w naszym gronie.

Nerwowo wyplątuję się z tego swetra i widzę oczy trzydziestu facetów z zainteresowaniem przyglądających się mojej szarpaninie… Usiłowałam się uśmiechnąć. Możecie sobie wyobrazić ten grymas.

Sklęłam kindersztubę Jaruzelskiego.

Ani ja, ani żaden z kolegów dziennikarzy nie zauważyliśmy, że na sali siedzą sami faceci. Bo to wtedy norma była.

Hmm – wtedy...?

Danuta Bierzańska


Bezpowrotnie utracona Bruksela

Marek zadzwonił z pytaniem z gatunku "Nie marudź już, albo-albo", kiedy przemierzałem wzdłuż i wszerz brukselskie uliczki. I się zastanawiałem, czy nie przemierzać ich jeszcze przez co najmniej kilkanaście lat, od czasu do czasu wstępując do knajpek, w których pijał Jacques Brel (a chlał chyba we wszystkich). Koniec końców zamieniłem Mannekena Pisa na Marka Siwca.

Itd było wówczas w powodzi dziadostwa ciekawym pismem, o mocno zaznaczonym indywidualnym rysie. Stało wysokim poziomem reportażu i fotoreportażu, które koncentrowały się na – zazwyczaj niewesołym – "realizmie epoki".

Były też oczywiście inne magnesy. W krakowskich kręgach kawiarnianych podawano na przykład ze zgorszeniem, że Piotr Gadzinowski jest trockistą. A dotknąć i porozmawiać z żywym wyznawcą radykalnego Lwa było równie prawdopodobne, jak natknąć się na pandę w małomiasteczkowym zwierzyńcu.

Piotrek w istocie okazał się lewicowcem, ale raczej o anarchistycznym temperamencie, z nieokiełznanym i bez kalkulacji poczuciem humoru, co mu parę razy dało po portkach w jego późniejszej karierze politycznej.

Kiedy jechaliśmy z Markiem jego cudem-miodem-citroenem z Warszawy do Krakowa i nieco tonowałem plany naczelnego, by robić najlepsze pismo w galaktyce ("Poprzestańmy skromnie na Europie"), wiedziałem już, że będzie interesująco, gdy francuski bolid wyprzedzał auta z prawej strony, niekiedy zjeżdżając kołami na pobocze.

Nie myliłem się: takie ryzykowne sytuacje zdarzyły się potem też w tygodniku. W słusznej sprawie. I bez kraksy. Marek był dobrym kierowcą. Umiał odważnie manewrować.

Korci mnie, aby kontynuować – bo to dominuje w przeczytanych przez mnie wspominkach itedowców – ten wpis do pamiętnika w tonie nostalgiczno-heroiczno-żartobliwym, ale pora kończyć. Bardziej już serio.

Witek Bereś w swojej "Czwartej władzy", wydanej na progu nowego wieku pisze, że tygodnik itd był "kuźnią młodego dziennikarstwa latach 80. (Elżbieta Isakiewicz, Przemysław Ćwikliński, Aleksander Kwaśniewski, Maciej Pawlicki, Marek Siwiec, Jacek Ziarno – każdy z nich dziś sympatyzujący z inną opcją polityczną)".

Moje nazwisko jako emblematyczne jest tu nieco przypadkowe (ale w końcu napisaliśmy kiedyś z Beresiem książkę, więc z kolei szczypta kumoterstwa nie jest tu przypadkowa); sam wpisałbym zamiast mnie co najmniej kilkanaście innych postaci, ale wniosek tego krakusa chyba lapidarnie uchwycił istotę rzeczy.

Kiedy czas itd się skończył, przyszła pora brać się w życiu za itp. - napisałem kilka książek, dostałem kilka nagród, prawie na stałe stałem się "z zawodu naczelnym" w paru pismach… W sumie: było ciekawie. Puenta? Także z perspektywy późniejszych doświadczeń uważam dni w itd za czas co najmniej niezmarnowany.

Jacek Ziarno


Debiutancki rysunek Henryka Sawki w itd. Lata 80.

Henryk Sawka



Fragmenty opowiadania SR Przybłęda

Z itd najwcześniej poznałem Dankę. Szefowałem wówczas klubowi Hybrydy, stopniowo grono moich znajomych z tej gazety powiększało się, głównie za sprawą baru w Hybrydach. Dziennikarze przychodzili i chcieli się napić – dla prasy były specjalne drinki podawane na zapleczu. W barze – jakiś podły riesling z glikolem, a od zakrystii – wódeczka z sokiem greapefruitowym lub do wyboru z colą. Sojusz prasy i kultury rozwijał się bez większych przeszkód. (…) Kiedy redakcja przeniosła się na aleję Stanów Zjednoczonych, moje kontakty były częstsze. Z Kica, gdzie mieszkałem, miałem dwa kroki do słynnego lipska, w którym był bufet serwujący np. strogonowa z wieprzowych serc. W czasach permanentnych niedoborów rynkowych to było coś. Reformy Rakowskiego i Wilczka dopiero kiełkowały, Warszawka wolała zioło, a kiełki nie były jeszcze w modzie.

Technologia budynku przywędrowała z NRD, w ścianach było sporo azbestu, ale dobre było to, że redakcja miała kilka pokoi. Zatem wpadałem do itedowa; żeby się spotkać z Kazikiem czyli Wojtkiem Jędrzejewskim, z eleganckim człowiekiem wielkich zasad, zaś, innym razem z Kaczorem czyli Wojtkiem Kaczorowskim, którego znalem od 1981 roku, jeszcze z Gdańska z Żaka. Po kilku latach pracy w Alma’arcie Kaczor człek bywały w świecie, uprzejmy erudyta, trafił do itd, a ja, bywając u jednego i drugiego, stałem się przybłędą redakcyjnym, takim co to bywa, zna wszystkich, ale nic konkretnego nie robi. Wtedy jeszcze nawet nie próbowałem pisać, tym bardziej do itd – za wysokie progi – było w redakcji kilku takich, którzy z łatwością mogli mi wybić z głowy trzymanie pióra w ręku. (…) Pod koniec lat 80. udało mi się jednak wyjść z "przybłędztwa". Nadredaktor Siwiec zadzwonił do mnie i zaproponował, żebym zorganizował poważną imprezę 30-lecia itd, na wzór jubileuszu Hybryd w Filharmonii Narodowej (marzec 1987). Zgodziłem się, dostałem angaż i pokój z telefonem za windą, skonstruowałem program koncertu, po którym miały być wręczane medale zasługi dla dziennikarzy itd. Gwiazdą wieczoru miał być Stanisław Tym, a prowadzenie powierzyłem kabaretowi Długi (Jacek Łapot i Piotr Skucha). W wieczorze miała wziąć udział cała plejada studenckich artystów, tak aby pokazać przekrój międzypokoleniowy, różne style i konwencje, od STS-u po Obywatela GC. Tymczasem na jesieni 1990 roku zamknęli redakcję na fali demokratycznych przemian. Cóż, przeprosiłem Stanisława Tyma i zostałem ze scenariuszem radosnej gali, która paradoksalnie stała się symbolicznym pożegnaniem dziś legendarnego tygodnika itd.

Sławomir Rogowski


Jak zostałem Jamesem Bondem w Jarocinie (dzięki itd)

W solidnie wyglądającej książce doktora Pawła Kowala, zatytułowanej "Koniec systemu władzy. Polityka ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego", na str. 384 i 385 znajduję wklejkę ze zdjęciami: Marek Kotański w pozycji "Chrystus pomiędzy dwoma łotrami". Tym łotrem z lewej, chudziną w okularkach zwanych "lenonkami", z przekrzywioną od nadmiaru myśli główką i sceptyczną miną, jestem ja. Podpis pod zdjęciem nie pozostawia wątpliwości:


"Jarocin, 1986 r. Marek Kotański, obok Piotr Gadzinowski, dziennikarz itd. po roku 1989 polityk lewicy, redaktor tygodnika NIE Jerzego Urbana. (fot. Krzysztof Wójcik/FORUM)".

A było tak: Urban, Ciosek i Pożoga doradzali generałowi lansowanie Kotańskiego, ulubieńca mediów, społecznika w nowym stylu, twórcę "Monaru." A ja - dzięki Pawłowi Kowalowi - przeszedłem do historii jako gość, który lansował Marka Kotańskiego podczas festiwalu w Jarocinie. Wygląda na to, że byłem tam oddelegowany jako sekretne, zręczne, manipulatorskie ramię komuny walczącej o utrzymanie władzy.

I niech tak będzie. I niech tak zostanie. Bo wedle Jana Dunsa - Szkota, także świętego kościoła katolickiego, do historii nie przechodzi to, co się kiedyś naprawdę wydarzyło, lecz tylko to, co zostało w kronikach zapisane.

Ale ponieważ jesteśmy w HydeParku we własnym gronie, to dodam jeszcze kilka szczegółów.

Na jarocińskim festiwalu byłem z Krzyśkiem Wójcikiem. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych stanowiliśmy dziennikarską parę w itd. Piszący i fotografujący. Obsługiwaliśmy wtedy przede wszystkim imprezy kulturalne: Jarocin, FAMA, "Start" w Kielcach, Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie, ale też w 1989 roku - gdańską debatę Aleksander Kwaśniewski – Adam Michnik.

Wszędzie nasz duet budził zrozumiałe zainteresowanie, co dla historii uwiecznił Henio Sawka podczas świnoujskiej FAMY (szukamy tego rysunku! - red.)

W Jarocinie mieszkaliśmy z Krzyśkiem na polu namiotowym razem z punkami płci wszystkich. Codziennie o porankach naruszaliśmy miejscową prohibicję. Potem przysypialiśmy. Odżywialiśmy się w porze obiadowej. A ożywaliśmy wieczorami.

Podczas koncertów wtapialiśmy się w tabuny punków w tumanach wzniecanego piachu. Wysoki Wójcik sterczał, niczym falliczny sztandar, ponad punkowe tabuny i pstrykał foty bezustannie. Udokumentował to życie festiwalowe punków na wsze czasy. Jego zdjęcia stworzyły historię jarocińskiego festiwalu.

Wtedy Marka Kotańskiego itd nie rozpieszczało. Ceniliśmy jego działalność społeczną, ale szydziliśmy z jego celebryckich ciągot, z jego kultu tworzonego przez inne media.

Co do innych bohaterów z książki Kowala: generała Pożogi nigdy nie poznałem. Urban był wielokrotnie obiektem kpin itd, za co nas szanował, wspominał mi potem o tym. W 1990 roku napisał do mnie list z propozycją pracy w tworzonym wtedy tygodniku Nie. Znał mnie jedynie z publikacji w itd, wcześniej nigdy się nie spotkaliśmy.

Staszka Cioska poznałem w itd. Przyprowadziła go chyba w 1988 roku redaktor Ewa Kluczkowska. Ciosek kilka razy tłumaczył nam ideę porozumienia z ówczesną opozycją. Obrazował ją rysując słynne "jaja Cioska". Z tych jaj wykluł się potem "Okrągły Stół". O "jajach Cioska" napiszę może następnym razem.

Zaś Pawła Kowala poznałem w 2005 roku w Sejmie RP. Był wtedy żarliwym PiS-owcem, jednym z liderów grypy "muzealników", protegowanym prezydenta Warszawy, a potem Polski Lecha Kaczyńskiego. Paweł był posłem debiutantem, ja miałem już dwie zaliczone kadencje. W Komisji Kultury i Środków Przekazu Kowal pilotował wtedy nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji, by wymienić skład Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji a potem przejąć TVP i Polskie Radio dla PiS.

Zastosowałem wtedy sejmowa obstrukcję. Przeforsowałem w Komisji konieczność zamówienia ekspertyz, aby zyskać na czasie. Inteligentny Kowal szybko zorientował się, że został ograny przez starszych stażem kolegów. Miał wtedy dwa wyjścia. Poczekać dwa-trzy miesiące, albo zrobić to co chciał, bo przecież miał za sobą większość sejmową. Poszedł na legislacyjne skróty. Złamał Regulamin Sejmu RP i dobre parlamentarne zwyczaje. "Posłowie nie muszą czytać ekspertyz", zdecydował. A jego większość przegłosowała to. I dalej procedowaliśmy bez zaplecza eksperckiego. Dzisiaj Paweł Kowal jest posłem Koalicji Obywatelskiej. Bryluje w mediach i często krytykuje parlamentarzystów PiS za regularne łamanie prawa, Regulaminu Sejmu RP i zapomnianych już "dobrych parlamentarnych zwyczajów".

Efektem naszej jarocińskiej roboty były opublikowana w wydaniu itd, z dnia 7/14.09.86 roku, moja publicystyka o kulturalnym zabarwieniu pt. "Dojrzewanie" ilustrowana fotami Krzyśka i jeszcze jego rewelacyjny fotoreportaż "Polskie nagrania". O Marku Kotańskim napisałem tak: "O popularność tłumu walczą nie tylko zespoły rockowe/…/ W kościele spotykał się z młodzieżą Marek Kotański. I nie tylko w kościele. Propagował "ruch czystych serc" na polu namiotowym i budowę eleganckich szaletów dla pola podczas konferencji prasowej. Rozmawiał, dawał autografy, fotografował się, był w jury wybierającym "Miss pola namiotowego Jarocin 86". Obecny był wszędzie".

Redakcja wytłuściła w tekście: "FESTIWAL W JAROCINIE OSIĄGNĄŁ WYSOKI STOPIEŃ DOJRZAŁOŚCI ARTYSTYCZNEJ".

Fotoreportaż Krzyśka Wójcika był ironicznie zatytułowany "Polskie Nagrania", kpił z ówczesnej monopolistycznej, państwowej firmy fonograficznej, która jarocińskiej muzyki nie upowszechniała.

Uwiecznił jej alternatywę - tysiące widzów Jarocina nagrywających koncerty na swe magnetofony kasetowe. Te kaseciaki, te przegrywane, powielane kasety z muzyką jarocińską przy okazji realnie złamały państwowy monopol na upowszechnianie kultury. I złamały cenzurę państwową. Cenzura w Polsce skończyła się wraz z jarocińskimi festiwalami. Produkowane w warszawskich zakładach im. Kasprzaka kaseciaki i importowane kserokopiarki wykończyły państwową cenzurę jeszcze przed jej oficjalnym zniesieniem.

Piotr Gadzinowski

PS. Książkę autorstwa Pawła Kowala (zmodyfikowaną wersję jego rozprawy doktorskiej), opublikowało Wydawnictwo Trio, przy wsparciu Instytutu Pamięci Narodowej. Wykorzystało tam 25 zdjęć, wśród nich autorstwa Krzysztofa Wójcika, sprzedanych im przez agencję Forum. Za opublikowane zdjęcia nigdy autorom i agencji nie zapłacili. Wydawnictwo oficjalnie zbankrutowało. A osoby odpowiedzialne przeszyły do ekonomicznego podziemia i ukryły się przed windykacjami.


Fragment wywiadu z Anną Musiałówną udzielonego dla miesięcznika PISMO – sierpień 2020

W 1972 roku opublikowałam swój pierwszy fotoreportaż w „ITD” – o miejskim lekarzu, który trafił na wieś w Górach Świętokrzyskich. Z redakcją pisma byłam związana do końca lat 70.

Szybko zrobiło się o pani głośno. Fotoreportaż o aborcji z 1976 roku wywołał awanturę na najwyższym szczeblu.

Zamówił go Jan Rurański, ówczesny naczelny „ITD”. Obok redakcji mieściła się przychodnia lekarska i on widział dziewczyny chodzące tam masowo i usuwające ciąże jak zęby u dentysty. Powiedział, że trzeba ostrzec młode kobiety, że to jest ostateczność. Proponował, żebym zaaranżowała jakąś sytuację. Powiedziałam, że albo wejdę do gabinetu i zobaczę, jak to wygląda, albo w ogóle tego nie zrobię. Rok szukałam dojścia. W końcu znajomy lekarz wpuścił mnie na oddział w Krakowie.

W szpitalu przyjęli mnie życzliwie, bo wiele czytałam na ten temat. Miałam na sobie fartuch. Usypiane narkozą kobiety myślały, że jestem pielęgniarką. Przy pierwszym zabiegu zrobiło mi się słabo, nie mogłam ustać. Pomyślałam: „Boże, tak długo szukałam dojścia, nie mogę teraz umrzeć ze strachu”. Siostra dała mi krople. Lekarz powiedział, że mam fart, i położył na stole coś, co miało kształt człowieka. Było wielkości małych, chirurgicznych nożyczek. Rozłożył mu nóżki i rączki. Powiedział, że płód był obumarły, a takie łatwiej się wyjmuje w całości. Rzadko się to zdarza.

Drżącymi rękami zrobiłam zdjęcie, bez nastawienia światła. Tamtego dnia widziałam kilka zabiegów.

Wróciłam do Warszawy i dwa tygodnie nic nie jadłam. W końcu wywołałam negatywy i ten mały człowiek tam był. Całe kolegium zastanawiało się, czy drukować. W końcu poszło. Cenzura postawiła na reportażu pieczątkę z zastrzeżeniem, żeby zmniejszyć zdjęcie płodu, co wyglądało jeszcze dramatyczniej. Nazwałam ten materiał Minus jeden. W trakcie kolportażu gazety w redakcji rozbrzmiały telefony, żeby wstrzymać nakład. Było za późno. Przyszła więc dyspozycja, żeby naczelnego zawiesić, mnie zabronić tworzyć pod własnym nazwiskiem, nie drukować listów od czytelników i ich przeprosić.


Klucz do świata

Dlaczego mój romans z tygodnikiem studenckim ITD był piękny? Bo to był okres młodości, okres stawiania pierwszych kroków w zawodzie, okres marzeń o tym, że już za chwilę uda się zademonstrować wszystkim kim się jest naprawdę.

Własne nazwisko, po raz pierwszy zapisywane drukiem i absolutna pewność, że swoim sposobem patrzenia na otoczenie, będzie można podzielić się z innymi.

Bezczelne gapienie się dokoła, tak przecież fascynujące, zyskiwało służbowe uprawnienia. Wstydliwie skrywana wrażliwość, objawiająca się nieśmiałością, stawała się usprawiedliwiona. Od tego czasu miało się w kieszeni psychiczny paszport, który można było okazać wszędzie tam, gdzie napotykało się na jakiekolwiek granice. Ciekawość przestawała być sprawą prywatną. Światu można było od tej pory powiedzieć:

– Mam prawo wykradać ci twoje tajemnice, bo robię to dla moich czytelników.

Od tej pory nie przyglądałeś się już światu zza płotu. Nikt nie pootwierał żadnych furtek, ale wdrapywanie się na płot to już nie było zwykłe łobuzerstwo.

Ta nowa pewność siebie dawała wolność. Wolność w rozumieniu - teraz już wolno bezczelnie siedzieć na płocie, machać nogami i gapić się do woli.

Dziś myślę, że piękno ITD to piękno wkraczania w dojrzałość. Piękno słowiańskich postrzyżyn, piękno indiańskiej inicjacji.

Dopiero ktoś, kto to przeszedł miał prawo ruszyć w świat, poznawać go, zbliżyć się do ludzi. Ktoś taki zyskiwał jeszcze coś więcej - prawo uczenia się od wielkich dziennikarzy. Nie traktowania ich jak postaci tkwiących na piedestałach, ale nauczycieli. Mistrzów fachu, którzy przecież - to samo, tyle że lepiej…

Jednym z największych, do których ITD dało szansę nam się zbliżyć był Ryszard Kapuściński. Przyjeżdżał na organizowane w Soczewce pod Płockiem obozy dla młodych dziennikarzy i może nie tyle prowadził warsztaty, co gawędził.

To był lipiec. Rok 1977. Przyjechał wieczorem. Wszedł do stołówki, w której jedliśmy kolację i już wiadomo było, że po niej usiądzie z nami przy ognisku i będzie opowiadał. Do powitalnego ceremoniału należało odśpiewanie mu jego ulubionej pieśni… o Leninie.

Nie pamiętam już ile znaliśmy zwrotek, ale wszystkie słowa świadczyły o naszej doskonałej znajomości wielu intymnych szczegółów z życia wodza rewolucji. Weterani studenckich obozów wiedzieli, rzecz jasna więcej, inni dopiero się uczyli - ale melodyjny refren brzmiał już chóralnie:

- A ty maszeruj, maszeruj głośno krzycz. Niech żyje nam Wołodia Ilicz.

Zwrotka: A kiedy rano nie chce ci się podnieść dupska, przypomnij sobie jak walczyła Nadia Krupska – należała do tych bardziej popularnych i wydostała się z licznych gardeł.

Trochę gorzej poszło już ze znajomością bieżącego programu telewizyjnego. Tekst: Dziś w telewizji nie wystąpi zespół NOVI, bo cały program poświęcono Leninowi - zaśpiewało tylko kilka głosów, a już kuplecik: Dziś w Poroninie żyje jeszcze taki baca, co Leninowi, kwaśnym mlekiem leczył kaca - należał do tych elitarnych i wykonał go już chyba tylko jeden głos.

Po ceremonii, jak w baśniowej opowieści - O wielkim mistrzu i jego wiernych słuchaczach, zamieniliśmy się w słuch, a Kapuściński opowiadał.

W 1977 roku miał już za sobą tysiące przebytych kilometrów, dziesiątki poznanych krajów, kilka przeżytych wojen. Już 20 lat wcześniej był w Indiach, znał Gruzję, Armenię, Kirgistan, Uzbekistan i kilka innych krajów Azji. Jego książka o Bliskim Wschodzie, Afryce i Ameryce Łacińskiej, której dał tytuł: "Chrystus z karabinem na ramieniu" wyszła dwa lata przed tym spotkaniem. Miał też świeżo w pamięci, ciągnącą się jeszcze wojnę w Angoli, którą opisał w sławnym zbiorze reportaży – "Jeszcze dzień życia".

My słuchaliśmy, a on mówił. Opowiadał o tym gdzie był, co widział, przeżył, jak pracował.

W pewnej chwili, siedzący obok mnie kolega lekko rozmarzonym, a może i nieco zazdrosnym głosem wyznał, że jemu ogromnie marzy się takie życie.

Miałem wtedy niewiele więcej niż 20 lat. Też marzyłem, ale z wrodzonej przekory to, co powiedział, odebrałem jako nieziszczalne marzenie. Chyba nawet uraziła mnie ta jego buta i snucie mrzonek. Podziwianie Kapuścińskiego – tak, ale naśladowanie?

- Daj spokój – odburknąłem. Za wysokie progi. Nieosiągalne!

- A dlaczego ma się nie udać? – upierał się uskrzydlony atmosferą nocnego ogniska i opowieściami Kapuścińskiego. Marzenia są po to, by się spełniały!

Ten siedzącym obok mnie w Soczewce przy ognisku kolega był ode mnie trochę starszy i miał za sobą pobyt w Panamie i chyba na Kubie. Nazywał się Krzysztof Mroziewicz. TEN Krzysztof Mroziewicz!

Przeszło czterdzieści lat później, kiedy już wiadomo było, co większość z nas zrobiła ze swymi marzeniami - napisałem takie słowa.

Wiem, precyzyjnie i dokładnie – nic się zrobić nie da.
Ale to jeszcze nie powód bym się z tym pogodził.

Tylko w rzeczywistości czasu gaśnie płomień świecy.
Przyznanie racji logice to wcale nie koniec.

Dobro po śmierci ziarna owocować może.
Legenda mozaikę składa z rozłupanej skały.

Dziś, bardzo dokładnie wiem, dlaczego mój romans z tygodnikiem ITD był piękny.

Piotr Wilczkowski


Tutaj jest miejsce, gdzie każdy, kogo nazwisko pojawiło się na łamach "itd.", może napisać, narysować lub nagrać cokolwiek.

Oto zasady:

  • powinno być ciekawie, a nawet dowcipnie
  • może być mądrze
  • objętość cokolwiek niech stanowi 600 znaków, sześćdziesiąt centymetrów kwadratowych, sześć minut, jak dobre może być więcej
  • cokolwiek należy podpisać i załączyć numer telefonu (do wiadomości administratora)
  • prosimy o zgodę na wykorzystanie nadesłanego cokolwiek do celów jubileuszu
  • w Hydeparku nie ma cenzury. Jednak przed nadesłaniem prosimy o sprawdzenie czy cokolwiek nie obraża np. królowej
  • cokolwiek prosimy wysyłać na adres:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. (Leszek Kamiński, Wojciech Kaczorowski)

Spróbujemy publikować coś nowego co tydzień, w piątek po południu i za nic nie płacimy, bo nas nie stać.

Hydepark
Napisz coś jak dawniej
https://60latitd.pl/ Super User
© 2020 60 lat tygodnika itd